W życiu bym nie przypuszczała, że o jeździe w grupie będę wypowiadać się w superlatywach. Znacie mnie. A jak nie znacie, to idzie się zorientować, że jazda solo wcale nie jest dla mnie przykra i zazwyczaj nie garnę się zbytnio do towarzystwa. Ale też nie izoluję się za wszelką cenę, więc uznałam kolejną dziewczyńską wycieczkę organizowaną przez wrocławskiego Triumpha za kuszącą propozycję, zwłaszcza że poprzednim razem było wcale nie najgorzej, o czym pisałam tutaj:

Co było dodatkową zachętą w drugiej edycji, to wybrane przez Magdę – przewodniczkę naszej chmary – tereny: przez Masyw Ślęży i Góry Sowie, dalej Szosą Stu Zakrętów i docelowo w Góry Orlickie. Czy może być lepiej? Doskonała trasa i mimo że całkiem niedawno objechałam te rejony, to z przyjemnością mogłam wybrać się tam znowu.

Wycieczka była zaplanowana na 2 dni z noclegiem w Czechach (kolejny argument „za”), a jako że przyświecało nam hasło „Triumph i przyjaciele” oraz z powodu, że testówki z salonu można pożyczać tylko na jeden dzień, to tym razem każda brała swojego konia, co mnie jednak wcale nie martwiło, bo VFRa świeżo po serwisie aż rwała się do jazdy. Co mnie ucieszyło jeszcze bardziej, to fakt, że na zbiórkę w pochmurny sobotni poranek przyjechała też druga VFRa (i z moją imienniczką w siodle ;) ), choć młodsza – RC46. Wiadomo, VFRy najlepsze turystyki :D Tradycyjna obecność pieska w salonie to już nawet nie mówię, bo to oczywisty profit ;)

Z racji niezdecydowanej pogody i kotłujących się na niebie deszczowych chmur start przesunął się o godzinę, ale – jak to się mówi – Tidda wie, za co jeść dostaje i pracowicie dokazywała, bez ustanku nosząc zabawkę każdemu, kto był chętny do rzucania i szarpania się o nią (głównie ja), więc nudno nie było ;) W końcu zapadła decyzja, że jedziemy i po sprawnym ustawieniu się w szyk ruszyłyśmy ku przygodzie.

Bocznymi drogami, bo nikt nie lubi krajowej ósemki, sprawnie mknęłyśmy wśród pól i wiosek. Mimo że skład tylko w części pokrywał się z poprzednią ekipą, to i tym razem współpraca była doskonała, choć w 10-osobowej grupie to nie jest takie oczywiste. Magda prowadziła nas z odpowiednią prędkością – taką, żeby nie zasnąć, ale nie na tyle szybko, żeby zbytnia dynamika powodowała nerwowość i chaos. Podobała mi się płynność naszej jazdy. Ze zdumieniem po raz kolejny skonstatowałam, jakie to przyjemne i zaskakująco relaksujące, gdy można komuś oddać dowodzenie i jest ok. No, tylko trzeba wiedzieć komu (koniec słodzenia :P).

W Świdnicy pierwszy postój na tankowanie, gdyż najmniejszy bak w grupie miał zasięg ok. 80 km (duże baki są dla słabych XD), tudzież opcjonalnie – na szybkie śniadanie, siku, papierosa czy też dokupienie kamizelki odblaskowej (bo oczywiście zapomniałam… Nigdy jej nie brałam do Czech, choć przy kontroli policji jest wymagana, podobnie jak zapasowe żarówki, ale teraz Magda nas uprzedziła, żeby wziąć, więc nie chciałam kusić losu). Z innych rzeczy, których zapomniałam z domu – a konkretnie z samochodu – to etui ze zwykłymi okularami. Więc jedyne korekcyjne, jakie miałam ze sobą przez cały weekend, to były przeciwsłoneczne. Tak, w nocy też w nich lepiej widziałam niż bez ;D

Tutaj może z braku zdjęć wstawię mapkę, jako przerywnik, to i lepiej będzie widać co i jak, i gdzie, i którędy:

Dzień 1.

Za Świdnicą zaczęło się zwiedzanie właściwe i turystyka pełną gębą (czyli tzw. gastroturystyka ;) ). Najpierw krótki postój przy zaporze (zapórce – to chyba jedna z mniejszych, jakie widziałam) na Jeziorze Bystrzyckim (czemu jeziorze, a nie zalewie, skoro to sztuczny akwen?…). Dziewczyny poszły się przejść, ja uwieczniałam motorki, bo byłam tu już miesiąc wcześniej. Następnie przetrawersowałyśmy Góry Sowie przez Rzeczkę i dziurawymi jak nieszczęście drogami gminy Nowa Ruda (która jest najgorsza również w normach czystości powietrza, chyba w całej Polsce) udałyśmy się do Muchołapki. Znaczy – dziewczyny się udały, bo ja miesiąc temu, wiecie… ;) Na ochotnika zgłosiłam się na fuchę szatniarki i parkingowej, żeby nie musiały z całym majdanem maszerować na piechotę. Czekając, ponownie uwieczniałam motorki…

W 10 osób zajęłyśmy tyle miejsca, co 2 samochody :>

Kolejny przystanek szczególnie przyjemny, bo opiewający nie tylko na zwiedzanie – aktualnie podnoszonego z ruin – Zamku w Sarnach, lecz także kawę i ciastko w bardzo malowniczych okolicznościach architektury. Nawet droga do toalety ma tam cechy dydaktyczne, bo prowadzi podziemiami, będąc długą i krętą, więc można jeszcze sporo zwiedzić, polecam ;) Sama kawiarnia zaprasza do swoich nietuzinkowych wnętrz albo na taras z widokiem na okolicę lub do ogrodu – też z widokiem, ale na strumyk. A właściciele Triumph Wrocław tradycyjnie zaprosili nas wszystkie na co tam której się spodobało z deserów. Dzię-kuu-jee-my! (z naciskiem na „jemy”, wiadomo ;) ).

Tutaj po raz pierwszy wzbudziłyśmy sensację u płci przeciwnej i musiałyśmy potem pozować do zdjęcia, bo „kumple mi nie uwierzą…” :P

Zadowolone i najedzone, a nawet po części rozespane po konsumpcji, ruszyłyśmy dalej – ku Drodze Stu Zakrętów (i Tysiąca Złożeń na Kolano, heheh, ale nie tym razem). Zanim jednak do tego doszło, miałyśmy zaliczyć zaproponowany przeze mnie punkt widokowy na Guzowatej, z widokiem na Stołowe i zalew w Radkowie. Nawigacja w tym miejscu kłamie szpetnie i w żywe oczy, podobnie jak w przypadku Góry Szybowcowej, i proponuje trasę… pieszą. Widząc co się święci, zahaltowałam te podstępne zakusy i po szybkim wytłumaczeniu Magda zarządziła odwrót i mianowała mnie tymczasowym przewodnikiem, bo inna droga na tę górkę wg Googla nie istnieje. Wszystkie pokonane trasy istnieją natomiast w mojej głowie (z mniejszym bądź większym marginesem błędu i „wydawało mi się, że to tu”… XD), więc udało się „triumphalnie”, a jakże, dotrzeć od właściwej, asfaltowej strony. Dziewczynom bardzo się spodobało na platformie widokowej, bo rzeczywiście ładnie stamtąd wszystko widać, a nie jest to zbyt znane miejsce, bo istnieje dopiero od kilku lat bodajże. Padł pomysł grupowego zdjęcia, więc czy to z łapanki, czy na ochotnika – nie jestem pewna – zorganizowałyśmy pana, żeby cyknął nam fotkę. Wczuł się w rolę do tego stopnia, że zrobił kilka ujęć i jeszcze przegonił cieszących się pejzażami ludzi, „psujących” nam tło ;) Ale i tak najlepiej wyszło to pierwsze, bo niepozowane.

Na 100 zakrętach nawet nie utknęłyśmy w jakimś kipiszu samochodowym, jak się obawiałam, a co tam zbyt wolno jechało, udało nam się w większości sprawnie powyprzedzać, więc można było coś skorzystać z trasy. Dojechawszy do Kudowy, czekało nas kolejne tankowanie i ostatnie za złotówki – bo nawet Czesi nie chcą tankować po swojej stronie granicy (u nas taniej). Na pierwszej stacji zatwardzenie, więc pojechałyśmy dalej, gdzie poszło już sprawnie. Do naszego noclegowego celu zostało już raptem jakieś 30 km, więc bez zwlekania pojechałyśmy w tamtym kierunku. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, nawigacja ponownie się zbiesiła, a konkretnie chyba internet odmówił współpracy na roamingu. I tu ponownie wchodzę ja, cała na biało ;) W sensie na szybko ustawiłam trasę w swoim telefonie i choć na resztce baterii, udało się w ten sposób już bez przeszkód dotrzeć gdzie trzeba. A ów postój wypadł nam na tzw. duchostacji – czynnej, ale trochę retro, z dystrybutorami starego typu, tak jak lubię (i jak zbieram w przewodnikach na instagramie).

Koupaliště i kemp Broumar przywitał nas wizualnie sielskością, natomiast personalnie niemiłą panią w recepcji, która wyprosiła nasze motocykle, twierdząc, że nie możemy ich wszystkich zaparkować na tutejszym parkingu (i tym samym widzieć je z okien pokojów), tylko mamy spadać tam, hen za kanałek, kort tenisowy, boisko do siatkówki plażowej i cały plac dla kamperów. Tak, tam na sam koniec. Trzeba wyjechać z terenu kempu z powrotem do drogi, potem przez las i drugą bramą. Wpadłyśmy początkowo w rozpacz! No ale jak to, mamy tak daleko zostawić motorki, bez żadnej opieki?? Chyba żarty… Pani Czeszka była jednak nieugięta i żadne propozycje ładnego zaparkowania tu bliżej, nie zajmując nadmiernie dużo miejsca, nie wchodziły w grę. Bardzo nieładnie. Znaczy ogólnie ładnie, miejscówka fajna, ale wiecie…

Z płaczem i zgrzytaniem zębów pojechałyśmy na miejsce wygnania, zabezpieczając motocykle jak tylko się dało, np. tiger funkiel nówka z salonu dostał obstawę z obu VFRek, do tego spięty z nimi więzami miłości (chociaż kto je tam wie – na tej jednej fotce ma minę, jakby szeptał vfrze: „hej, maleńka, chcesz się poprzytulać?” :P, na co ona: „yyy, może, albo chyba nie, nie wiem…” XD). No tak czy siak, niepocieszone zostawiłyśmy te nasze szczęścia same i poszłyśmy wreszcie się przebrać za ludzi, pozbywszy się motociuchów.

Naszym priorytetowym celem był teraz ciepły posiłek i zimne piwo. Z takimi wytycznymi ruszyłyśmy w miasto. Na stare miasto Opočna, gdzie akurat odbywał się… odpust czy festyn, czy inne wesołe miasteczko ze straganami. Tłum, rwetes i dudniąca muzyka. Unikając co większych źródeł hałasu, krążyłyśmy uliczkami, szukając miejsca, żeby gdzieś zasiąść. Próba pierwsza – hospůdka wypełniona dymem i panami w zaawansowanym wieku, oglądającymi mecz. Szybka zawrotka :P Podejście drugie – chińska knajpa. Od biedy obleci, ale może coś lepszego się znajdzie… Nie znalazło się. Część grupy upolowała jedynie po drodze bankomat, żeby nabyć cokolwiek jadalnego z food trucków, część za moją namową skusiła się langosze (okazały się niedobre i w ogóle nie czosnkowe, niestety, i z zimnym serem – skandal). No i pozostało nam wrócić do chińczyka. Na czeskie piwo. Urodzinowe w dodatku, bo Asia (jeszcze inna, bo trzy nas tam było ;) ) niedawno obchodziła nie pamiętam które, pewnie osiemnaste ;) i postanowiła poświętować jeszcze z nami, stawiając kolejkę. Dzięki :))

Zmęczone hałasem i nieco natrętnymi spojrzeniami rozweselonych panów ze stolika obok, postanowiłyśmy przemieścić się z powrotem na bazę… by kontynuować w kempingowym barze. Co więcej – to nasza ekipa (nie będę pokazywać palcem kto konkretnie ;D ) rozkręciła imprezę, przy uciesze i czynnym udziale właściciela baru. Ale co się działo na kempingu, zostaje na kempingu, więc tutaj tylko jedno zdjęcie, jak jeszcze siedziałyśmy grzecznie ;)

Koło północy, a może już 1:00, zaczęłyśmy wykruszać się w kierunku prysznica i łóżek. Ból spowodowany oddaleniem od motocykli udało się zagłuszyć alkoholem (tylko dlatego go tknęłyśmy :P), więc sen przyszedł szybko.

Poranek zaczął się wcześnie, jak to na wyjeździe – gdy nie trzeba, to człowiek wstaje z kurami i z zadowoleniem w dodatku. Był więc czas na leniwą kawę lub śniadanie, jak kto chciał, na jakieś spacery i powolne łapanie pionu… ;)

Z ulgą odkryłyśmy, że motocykle stały tak jak je zostawiłyśmy poprzedniego wieczoru – nie licząc jednego mniej, bo Paulina zmyła się do domu, niestety nie mogła zostać na noc – więc spakowawszy manatki, byłyśmy gotowe do drogi. By podtrzymać tradycję tego wyjazdu, zapomniałam zabrać z pokoju tym razem ładowarkę z baterią do kamerki :P Przepadło, trudno.

Pierwszy postój miałyśmy dość niedaleko. Zaparkowałyśmy ładnie na ryneczku w Novém Městě nad Metují, po raz kolejny pozując do zdjęcia w całym babskim składzie. Sława nie uderzyła nam jeszcze do głów, ale było już blisko :D Tutaj część poszła szukać kawiarni, część oglądała dziedziniec zamku i dostępną zeń wystawę veloreksów, a ja biegałam od wystawy do ogrodu (z pięknym krytym mostem projektu Dušana Jurkoviča, twórcy o bardzo charakterystycznym stylu), a potem jeszcze wokół starówki, uroczymi uliczkami wzdłuż murów. Miałam jeszcze chęć obejrzeć wnętrza zamku z efektownym wystrojem i również ręką Jurkoviča widoczną w zdobieniach, można ponadto wleźć na zamkową wieżę, ale z racji, że zajęłoby to sporo czasu i nie było więcej chętnych na tę rozrywkę, to nadrobię sobie innym razem, nic straconego :)

Stamtąd dalszy plan dnia zakładał eksplorację tras przez lasy Gór Orlickich. Postojów było niewiele, więc i zdjęciami nie obrodziło. Jedyna dłuższa przerwa przydarzyła się, gdy część grupy – niewiadomym do dziś sposobem – zagubiła się na którymś z kolei zakręcie i chwilę zajęło skoordynowanie się nawzajem. Odnalezienie zgub w sensie ;)

Przyroda przyrodą, ale i zwiedzanie dziedzictwa kulturowego było jeszcze przewidziane. Zmierzając do Neratova, jeszcze w tych lasach, stałyśmy się znów zbiorowym powodem szoku i niedowierzania :P, gdy napotkany solowy motocyklista robiący sobie popas przy skrzyżowaniu rzucił się robić nam zdjęcie, że tyle bab jedzie i że same tak, no kto to widział… Ale wracając do Neratova – tak, tego z kościołem, co ma front nowy, tył w trwałej ruinie i szklany dach nad tym wszystkim. I tutaj również, ekhm, jakby to ująć… No nie mam zdjęć, bo nie poszłam zwiedzać, bo już tu byłam… Ale nie miesiąc temu, tylko w maju. Nic się nie zmieniło, a pod górkę iść mi się znowu nie chciało ;) Dla chętnych – fotki z tego miejsca (i dużo innych fajnych :>) można obejrzeć np. w tym wpisie.

A tu fotka z parkingu ;)

Zjadłyśmy obiad w lokalnej knajpce, choć był przewidziany później i gdzie indziej, ale plan trasy zmieniał się dynamicznie. Gosia, właścicielka najmniejszego baku, zasygnalizowała rychłą potrzebę dotarcia na tanksztelę. Problem był jedynie taki, że znajdowałyśmy się aktualnie w sercu dziczy. Pomysły na przelewanie paliwa odpadły z racji braku jakiegokolwiek zdatnego przewodu bądź rurki. Pozostało zacząć kierować się do najbliższego cepeenu z nadzieją, że albo dojedzie, albo przynajmniej będzie bliżej do dowózki baniaka.

Dzień 2.

Wyszło to mniej więcej tak, że zabrakło dosłownie 2 km, gdy motocykl Gosi parsknął ostatni raz i zamilkł – dobrze, że akurat w miejscu z jako takim poboczem do zaparkowania. Magda wyrwała trochę naprzód, więc dogoniłam ją z meldunkiem, bo i tak jechałam trzecia, zaraz za Gosią, i już we dwie skoczyłyśmy na orlen po życiodajny płyn. Zatankowałyśmy też od razu swoje spragnione konie i gdy Magda poszła odstać w kolejce do kasy, załatwiwszy butlę po płynie do spryskiwaczy w ramach kanistra ;), ja zostałam przy motocyklach, przepychając je do przodu, żeby czekający na wolny dystrybutor następny klient mógł siegnąć do baku. Jak się okazało, był to sympatyczny Czech, w ogóle nie zirytowany gigantyczną kolejką i czasem oczekiwania, który oznajmił, że też jeździ motocyklem, tylko ten jego to bavorák, czyli beemka jakaś i że te nasze też super, haha :D

Pozostała część grupy też miała motocyklowe spotkanie, również zabawne, choć nie w pozytywnym sensie, mianowicie jacyś mijający je motocykliści owszem zatrzymali się, by zapytać co się stało, a po usłyszeniu odpowiedzi, że paliwa zabrakło, odrzekli: „aha, to spoko, nara” i pojechali… Można i tak.

Link do galerii z udokumentowaniem tego zdarzenia to pierwszy poniżej (przy okazji wraz z pozostałymi relacjami):

Po udanej akcji ratunkowej ruszyłyśmy na kolejne odcinki specjalne i to dosłownie, bo najpierw na Czarną Górę, czyli trasą górskich wyścigów samochodowych (też już o nich pisałam) – tutaj niestety przyblokowały nas auta, więc wlokłyśmy się za nimi aż do Siennej, bo nie szło wyprzedzić – a następnie drogą z Lądka-Zdroju w stronę Złotego Stoku, a więc trasą Bublewicza, niestety ostatnią. Tej byłam szczególnie ciekawa, bo jadąc nią ostatnio parę lat temu, najbardziej zapamiętałam słabą jakość nawierzchni, a doszły mnie słuchy o jakimś remoncie zeszłej jesieni. Hmm, no coś tam niby trochę lepiej, ale nadal spora część to trening siły woli, nawet dla enduraków (potwierdzone info). Nie polecam. Chyba żadna z nas, bo jak dojechałyśmy wreszcie do Złotego, to przywitałyśmy postój jak zbawienie.

Nie wiadomo kiedy zrobiło się późne popołudnie, więc gdy dotarłyśmy koło 18:00 do Ząbkowic, nastąpiło częściowe rozgrupowanie i szybkie desanty do domu. Znaczy – czyje szybkie, tego szybkie… Mnie czekało jeszcze ponad 2h drogi i 150 km do pokonania. I jak zwykle miałam chęć już zostać na tym orlenie i nigdzie nie jechać, zawsze tam tak mam – ale tym razem nie tylko mnie to dotyczyło, bo dziewczyny też dopadło i zaległy na trawniku jak długie, opalając się (w pełnych ciuchach moto, of kors) w ostatnich promieniach słońca ;)

No i cóż, jakieś słowo podsumowania… Mimo wielu różnic i najrozmaitszych historii, jakie mamy za sobą, atmosfera była taka, jakbyśmy znały się od zawsze. Co tu gadać – było wybitnie i nadspodziewanie wesoło! I mam nadzieję, że jeszcze nie raz będzie, choć obawiam się, że przy kolejnych edycjach tych wycieczek trzeba się będzie bić o miejsca, żeby się załapać – bo chyba sami (a przede wszystkim same) przyznacie, że warto! ;)


Dla wytrwałych jeszcze paruminutowa produkcja filmowa, acz niektórym już znana – zapraszam:

2 thoughts on “wycieczka: Triumph Dziewczyn #2

  1. O rany, jak tam wszędzie ładnie. Dla płaskoziemca, tj. mieszkańca płaskiej ziemi łódzkiej i okolic są to widoki wzbudzające szybsze bicie serca (co prawda są u nas jakieś Wzniesienia Łódzkie, czy inne tam, ale zakrętów ani trochę). Uroczo. Gratulacje dla Pań.

    1. Też mnie cieszy relatywna bliskość tych terenów – doceniam to bardzo po dekadzie „odsiadki” na płaskim Mazowszu w czasie studiów i chwilę jeszcze potem. I bardzo lubię określenie „płaskoziemiec” w tym kontekście – już w którymś wpisie na Fotodinozie chwyciło mnie za oko ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *