Jechałam drogą ekspresową nr 3 na południe zatopiona w rozmyślaniach, że w sumie jeszcze żadna z tegorocznych wycieczek* nie kwalifikuje się do tytułu wyjazdu roku, czyli najbardziej epickiego / przypałowego / zaskakującego, ogólnie mówiąc – pamiętnego.

*Ale to chyba dlatego, że wszystkie były udane i na równym poziomie, więc poprzeczka została zawieszona wyżej, a może po prostu były „normalne”, bez akcji z kategorii „uff, to było głupie, ale kolejny raz udało się przeżyć” :P

Cóż, wtedy jeszcze nie zorientowałam się, że jestem właśnie w jego trakcie…


Nie wypieram się oczywiście, że był to mój pomysł, ba! zaplanowana szczegółowo taktyka, ale rzecz wynikła nie z mojej woli, a dokładnie wbrew niej. Bo jak inaczej zmusiłabym się do pobudki w niedzielę o 5 rano? :P Powodem było to, że tydzień przed Branną okazało się, że nie będę mieć opieki dla psów w ów weekend. Słowem – jestem uziemiona. No zawsze, k…, coś. Już mnie to nawet nie dziwi, że w tym terminie co roku wszystko się sprzysięga przeciwko mnie, już któryś raz. Więc jak mówię – nie zdziwiło mnie to, choć początkowo oczywiście podłamało, do tego stopnia, że gdy spadła na mnie ta informacja, to zaraz po powrocie do domu… poszłam spać. Cały wieczór i do rana. Tradycyjny, sprawdzony sposób na rozwiązywanie problemów życiowych, polecam :P Jeśli jest choć nikła szansa, że sytuacja sama się w tym czasie poprawi, to warto z niej skorzystać, czyż nie? ;) Nie, no żartuję, chodzi o to, żeby odciąć myślenie i nie nakręcać się do okolic obłędu. Mała rzecz, powiecie. Ale ten mały kamyczek porusza lawinę innych, aż jakakolwiek nadzieja na lepsze jutro ginie pod tą nawałą. A sen pomaga to przeczekać.

Był moment, że już nawet pogodziłam się z myślą, że skoro tak, to trudno, nie pojadę w tym roku. Choć plan miałam pięknie spięty, filigranowy wręcz. Chciałam to w końcu zrobić raz po bożemu – pojechać w piątek do Wrocławia, ogarnąć sprawy babci, przespać się tam, w sobotę rano ruszyć na Czechy i posiedzieć tam w końcu dwa dni. Nawet wzięłam wolne w poniedziałek, żeby mieć czas na spokojny powrót. No ale jak się nie da, to nie. Akcja odwołana.

Przez parę godzin żyłam w tym przekonaniu, po czym mózg znowu zaczął mi się niespokojnie wiercić.
– Cztery dni poza domem może faktycznie odpadają. Ale jeden dzień? To by było wykonalne.
– Nie no, jaki jeden, bez sensu. 500 km w dwie strony, szkoda paliwa.
– No jak szkoda, przecież to Branna! Warto nawet na chwilę…
– W sumie może i racja?…

No więc niedziela. Prognoza pogody gorsza niż na sobotę, ale z przyczyn psio-logistycznych tylko ten dzień wchodził w grę (jak dobrze mieć sąsiada, który rzuci okiem na kundle przez płot <3). Co dalej… Impreza jest w godz. 9-17, fajnie by było zdążyć na początek. Moim wariantem trasy to 3h40, plus jakieś tankowanie przed granicą, więc liczmy 4 godziny drogi, w prognozowanym deszczu pewnie z 5… Czyli 6 godzin wcześniej wstać. Mhm, jasne. I psy od 4:00 do 21:00 same. No nie, bez przesady, należało to zredukować do rozsądnych granic. Nastawiłam pobudkę po 5 rano.

Taki widok ukazał mi się po wyłączeniu budzika.

Fakt, że w ogóle otworzyłam oczy o tej porze i usiadłam, należy uznać za sukces, zważywszy że zasnęłam koło 2:00, bo stres przed wyjazdem i drzemka w ciągu dnia skutecznie odganiały senność. Nie pomaga też fakt, że mój organizm w dość paskudny sposób sabotuje wszelkie moje wysiłki po obudzeniu. Muszę odczekać, oprzytomnieć, bo jak za szybko wstanę, to idę po ścianie, świat wiruje i mnie mdli. A jak nie wstanę od razu, to najczęściej zasypiam z powrotem. Nienawidzę poranków, a raczej pobudek z konieczności, o żadnej porze.

Powoli się ogarnęłam, ciepła herbata pomogła uspokoić żołądek. Śniadanie nawet nie wchodziło w grę, więc zapakowałam wałówę do plecaka. Resztę rzeczy miałam naszykowaną poprzedniego dnia. Zaprowadziłam psy do domu zastępczego – poranek był chłodny, więc je tam zamknęłam, niech pośpią jeszcze. Dobry sąsiad potem je wypuści na dwór. Motocykl był zatankowany, więc odpaliłam w garażu, żeby nie hałasować na zewnątrz, dałam mu chwilę na rozgrzewkę i koło 7:00 mogłam ruszać w drogę. Od pół godziny było już jasno, ale asfalt zimny, choć nieszczególnie mokry. Dobra nasza, dzida na eskę zatem.

Nawet nie spodziewałam się, że warunki drogowe tego dnia będą „wyborne” czy choćby „przyzwoite”, ale dość szybko zeszły do poziomu „ku.. twoja mać, czemu mi chlapiesz w oczy, ciulu je…!”. Niektórzy to jakieś kompletne tumany – nie, że wcześniej tego nie wiedziałam. Dwa pasy puste po horyzont, ten mnie wyprzedza (bo z racji mżawki jadę przepisowo) i od razu cyk na prawy. A fala wody spod jego kół prosto na mnie. No święty by się wściekł, a co dopiero ja. Oddaję honor tym, którzy kulturalnie zjeżdżali w większym oddaleniu, bo i tacy byli.

W takich to sympatycznych okolicznościach spędzałam ten niedzielny poranek, na zmianę skupiając się, czy ten jasny pas asfaltu to kawałek suchego (czy tylko mi się wydaje) oraz oddając się rozmyślaniom wszelakim. Wpadłszy w swoisty letarg, przegapiłam swój zjazd i to dość konkretnie – zorientowałam się dopiero przy kolejnym, który w rozpędzie minęłam również. Dalej już tylko Bolków i koniec eski. Czyli jadę przez Wałbrzych i góry, zamiast szybką i płaską trasą na Ząbkowice. Nie kojarzyłam, czy w trakcie mogę gdzieś to skorygować, żeby nie nadrzucać za wiele, więc już z pamięci jechałam na Kłodzko, trudno się mówi.

Jak widać, można było naprawić ten błąd bardzo łatwo – odbijając w porę na Strzegom lub Świdnicę – no, ale mądry Polak po szkodzie. Będę wiedzieć na przyszłość. Tymczasem telepałam się paskudnym asfaltem przez góry, zakręty i milion terenów zabudowanych. Cały czas w lekkiej mżawce. Rozkosz.

Najbardziej bałam się, że z racji wczesnego wyjazdu i późnego powrotu zmarznę po drodze lub dodatkowo zmoknę. Jedyne ogrzewanie, jakie mam w motocyklu, to on sam – to i tak nieźle ;) Nie muszę martwić się o mokre spodnie, bo owiewki dobrze osłaniają, a dmuchające na kolana ciepło robi resztę. Buty mam z jakąś membraną (bardzo jakąś, bo faktycznie izoluje od wody z zewnątrz, ale w upały robi saunę w środku – szkoda, chciałam być wierna Shimie, ale chyba przestanę). Do kurtki założyłam podpinkę przeciwdeszczową (i przeciwwiatrową zarazem), a zamiast drugiej, ocieplającej wzięłam bluzę z kapturem, żeby mieć potem na miejscu coś normalnego na grzbiet. Zestaw sprawdził się znakomicie – komfort cieplny utrzymany. Rękawice miałam już jesienne, z długim mankietem, a dodatkowo – hit! – znalezione parę dni wcześniej w szafie takie śmieszne „kondomy” przeciwdeszczowe na ręce. Wygrałam je kiedyś w jakimś konkursie – cały zestaw różnych motocyklowych pierdół – i nie używałam, bo przecież dawniej nie jeździłam w deszczu, na tamtych starych oponach. Tym razem zapowiadała się idealna okazja, by użyć tego wynalazku. Uznałam, że jak nie przed deszczem, to ochronią przynajmniej trochę przed wiatrem, ale robiły robotę w pełnym zakresie i nie przeszkadzały w kierowaniu – polecam.

Szczególnie przydały się za Kłodzkiem, gdy rozpadało się już na całego. Wcześniej, gdzieś w okolicach Nowej Rudy, zaczęłam powątpiewać w słuszność tej wyprawy i swoją poczytalność, ale stwierdziłam, że już mi wszystko jedno – jak jadę, to jadę. Głupio byłoby tu zawrócić. Czy w ogóle. Natomiast jadąc w tym deszczu na odcinku Kłodzko-Złoty Stok (60 km/h z kolejką aut za mną, bo zakręty i górki oraz nic nie widzę przez mokry wizjer), doszłam do etapu rozważań, że może jednak trzeba było wziąć sierrę. Może by dojechała, może bym jej nie dorżnęła tą trasą (nie wiem co jej jest – znaczy wiem: starość – ale coś jest, tylko weź wytłumacz mechanikom, żeby znaleźli i sprawdzili to „coś”, jak każdy robi na akord). W rozmarzeniu o podróży „na sucho” – z dachem nad głową, przestrzenią bagażową i ogrzewaniem – doturlałam się do miejsca pierwszego postoju. Konkretnie to najpierw minęłam zjazd na ów orlen, bo zagapiłam się znowu i nie wyhamowałabym w porę z tymi samochodami za mną. Zawróciłam więc kawałek dalej i choć nie chciałam zabawić tu zbyt długo, to musiałam dać sobie chwilę, żeby odpocząć. I podeschnąć. Tankowanie, toaleta, internety, kęs jedzenia, łyk wody. Podstawowe potrzeby życiowe – w tej kolejności ;)

Zaraz po mnie na stację podjechała starsza cebra, szejseta. Nie odróżniam ich, ale jeszcze kolorowa, a nie nudna, czyli lata 90., więc też youngtimer (teraz wiem, że F4). Byłam tak wypluta po ostatnim odcinku drogi, że zwyczajowe powitanie pozostało w sferze dobrych chęci. Poczłapałam do kasy i wc, a potem zajęłam się telefonem i jedzeniem, co średnio sprzyja kontaktom towarzyskim, tym bardziej, że rzeczony hondziarz też oddał się konsumpcji. Ale jednak był bardziej zdeterminowany, bo w końcu usłyszałam za plecami pytanie, czy może zrobić vfrze kilka fotek. A proszę bardzo – odsunęłam się z kadru i zamieniliśmy parę zdań. O motocyklach, o pogodzie, o celu dzisiejszej turystyki. Okazało się, że też zmierza do Brannej, ale pierwszy raz, więc zaoferowałam usługi przewodnickie. Druga rzecz, która się okazała (choć dopiero później), to że Dorian też ma pisarskie zapędy i prowadzi bloga Moje Z Motocyklem Rozmowy. Powyższą scenkę z jego perspektywy możecie poznać tutaj – polecam, uśmiałam się ;)

Choć początkowo planowałam odbić w Javorniku na Lądek i zjechać do Brannej od mojej ulubionej strony, czyli z przełęczy Płoszczyna, to z racji późnej pory oraz większego prawdopodobieństwa deszczu w górach, uznałam, że jedziemy najszybszą drogą, dołem i dotrzemy od strony Jesenika. „Moja” trasa to wariant o lepszej nawierzchni i ciekawszy krajobrazowo (jeśli akurat nie pada i coś widać), no ale tam już wyścigi się zaczęły, więc czas naglił.

Po przekroczeniu granicy wyszło słońce i momentami było nawet sucho, więc podgoniliśmy, ale im bliżej celu, tym bardziej się chmurzyło, a asfalt był już permanentnie mokry. Wiedziałam, że tutaj nie odwołają wyścigów z tego powodu, ale miałam lekkie obawy odnośnie całokształtu. Byłam wprawdzie przygotowana na takie warunki, bo wzięłam zarówno pokrowiec na moto, jak i pelerynę dla siebie, no ale co to za przyjemność stać w deszczu – i jechać, w przypadku zawodników.

Mimo tłoku, udało mi się zaparkować blisko wejścia, bo akurat ktoś odjeżdżał, więc wskoczyłam na jego miejsce. Zawinęłam motór tylko częściowo, żeby zostawić na widoku naklejki do częstowania się, wsunięte pod zadupek – w ramach rozdawnictwa i reklamy bloga (pomysł zaczerpnięty ze spotów klasyków, gdzie wlepki lądują zazwyczaj za wycieraczkami aut).

Było coś koło 11:30. Tak późno… Ominęły mnie przejazdy czterech grup, zaraz miała być piąta. Trasę już zamknęli dla pieszych, więc na razie utknęłam na dokładnie przeciwnym końcu niż chciałam. Nie lubię tamtej miejscówki, bo stoi się daleko od toru, a w tym roku – już bez teleobiektywu – niewiele stamtąd mogłam zdziałać.

Miałam się jeszcze spotkać z Magdą (RocketQueen) – napisała, że stacjonuje koło zamku. No nic, może w kolejnej przerwie zdążę przejść całe miasteczko. Póki co, dorwałam nowego kolegę, bo już się pojawił po zaparkowaniu na łące i zaczęłam go sukcesywnie zasypywać informacjami i anegdotami na temat wyścigów. Nie protestował, a przynajmniej nie za mocno. Nawet wykazywał entuzjazm, zwłaszcza w obrębie padoków, gdy już zaczęliśmy przemieszczać się w stronę centrum.

Chwilowo nie padało, ale stan nieba wskazywał, że wkrótce się to zmieni. Udało mi się złapać Magdę jeszcze przed jej odjazdem, postaliśmy, pogadali. Miejsce do zdjęć takie sobie, bo zasłaniacze centralnie w kadrze, na środku zakrętu, ale przecież nie powiem porządkowym/marshalom: ej, ale stańcie se gdzieś indziej :P

Tradycyjnie więc co przerwę zmienialiśmy miejsce stacjonowania, oglądając po drodze, co ciekawego jeszcze przyjechało, również z cywilnych sprzętów. Stała bardzo ładna yamaszka genesis, zaś w miejscu, gdzie zawsze parkował Bol d’Or (a czasem dwa), tym razem też honda, ale CB1100R – niezły rarytas. Zapoznałam też pieska – borderka. Chciałam pogłaskać, to odwrócił się, przyniósł i rzucił mi pod nogi patyka, żeby aportować. Świr, jak one wszystkie :P

Po pierwszej turze sajdów zaczęło konkretniej padać. Spod peleryny ciężko się robi zdjęcia tak, żeby aparat nie zmókł, zresztą przez tę pogodę i zmęczenie nie miałam do tego głowy ani serca, trochę źle poustawiałam, niewiele wyszło ostrych… No więc tym razem słabiutko, jeśli chodzi o obrazki.

W trakcie przejazdów kategorii V, w pewnym momencie w ruch poszły czerwone flagi. Miałam nieprzyjemny flashback z Hořic. Deszcz i olej na trasie. Długi, lśniący ślad ciągnął się od centrum aż do końca prostej koło cmentarza. Organizatorzy i porządkowi oceniali, czy da się coś zaradzić, a nieplanowana przerwa przedłużała się. Zaczęliśmy iść z powrotem w stronę naszych motocykli. Po drodze minęliśmy ruszających ratować trasę strażaków. Zdążyliśmy obejrzeć co tam jeszcze stało w padokach i na parkingu, a finalnie zaanektowaliśmy pusty namiot ze stolikiem i krzesłami (wcześniej była tu kasa), bo raz padało, raz się przejaśniało, no i czekaliśmy co dalej. Obstawiałam, że koniec, odwołają, już po imprezie. Z powątpiewaniem zerkaliśmy to na tor, to na niebo, to na zegarek. W wyniku zaawansowanych obliczeń wyszło, że dochodzi 15:00, nie wiadomo czy wznowią wyścig, a nawet jeśli, to zostały jeszcze 3 kategorie – czy pojadą wszystkie? Czy skrócą im przejazdy?… Przecież muszą w końcu otworzyć drogę przelotową – zamkniętą w tym roku na cały dzień, nie było przejeżdżania w przerwach, jak zazwyczaj. Zasięgnęłam języka u jednego z porządkowych, twierdził, że będą jeździć dalej. Ech, no ale już późno, jak poczekam jeszcze z godzinę, dojadę do domu w nocy. Trudno. Dorian też skłaniał się ku powrotowi, więc zebraliśmy manatki i powoli, bo nadal mokro, obraliśmy kierunek na granicę.

Koło Javornika jeszcze postój organizacyjny i na pamiątkowe zdjęcie. Stąd jechaliśmy dalej w przeformowanym szyku – ja jako druga, żeby się odłączyć w bok. Ale nie zgadniecie – przegapiłam swój zjazd :P Dojechaliśmy zatem we dwójkę do Paczkowa i tam dopiero odbiłam na Kamieniec Ząbkowicki. Nie powtarzajcie tego. Droga wojewódzka 382 na tym odcinku to jest jakaś autostrada dla czołgów – zaasfaltowane betonowe płyty, nierówne, popękane, zamiennie w kałużach lub piachu, nanoszonym chyba z jakiejś pobliskiej żwirowni. Do paskudnej mżawki dołączył wtedy też porywisty wiatr. Jednym słowem katastrofa.

Do Ząbkowic dojechałam już wysoce niezadowolona, ale powiedziałam sobie, że nie robię postoju na orlenie, bo nie ruszę się z niego – jak zwykle tamtejsza czarna dziura energetyczna pozbawi mnie sił i chęci do dalszej jazdy. Nie było już zresztą na to czasu, nie chciałam wracać po ciemku, bo wtedy to dopiero byłoby zimno. Pomknęłam więc już prosto swoim tradycyjnym tranzytem na Jawor i eskę. Tyle dobrze, że odtąd nie padało i drogi raczej były przeschnięte.

Podsumujmy… Nienawidząc wczesnych pobudek, wstałam o chorej godzinie i nienawidząc deszczu, wybrałam się w drogę „na mokro”. Jadąc 4,5h, żeby spędzić w Brannej 3,5h i wracać kolejne 4h. Tak, zapamiętam to z pewnością na długo… Non, je ne regrette rien ;D


Pozostałe wpisy dotyczące Brannej z innych lat można znaleźć np. pod tagiem kolstejnsky okruh o cenu vaclava paruse.

2 thoughts on “wycieczka: Branná na mokro

  1. Podziwiam za wytrwałość. Jak już wreszcie się wybiorę to wiem kogo poproszę o przewodnictwo ;-)

    A co tam sierrce dolega ? To auto z czasów gdy jeszcze budowało się dość proste konstrukcje które do jazdy potrzebują tylko paliwa , powietrza i iskry a nie dostępu do internetu.

    1. To bardziej wrodzona zawziętość i znikome ilości rozsądku, ale dziękuję ;D Oprowadzać mogę ile wlezie, zapraszam, w poprzednim życiu byłam z pewnością psem przewodnikiem, nie ma innej możliwości ;)
      Sierrce dolega metryka :( Z tych enigmatycznych objawów, to na liście podejrzanych jest pompa wspomagania ewentualnie inny osprzęt mający do czynienia z paskiem, ale oczywiście odzywa się to dopiero na ciepłym, w trasie, a nie jakbym miała pojechać gdzieś blisko do warsztatu… A poza tym oczywiście ruda szmata w newralgicznych miejscach i silnik cały w oleju, bo pokrywa zaworów dokonuje żywota (jest z jakiegoś tworzywa i pęka, ale podobno da się dopasować metalową z galaxy). Tak czy siak, jest to temat na razie odłożony w czasie, więc na wyjazdach pewniej się czuję z vfrą ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *